Relacje z konwentów

Xmascon 2023 – Faktycznie najbardziej świąteczny konwent w Polsce

Logo konwentu Xmascon, który odbywał się 02-03.12.2023 w Krakowie. Wystąpiłam tam jako twórca atrakcji, dlatego jestem narysowana w koszulce z napisem "Twórca atrakcji", na którą entuzjastycznie wskazuję obydwoma rękami!

Wychodzi na to, że 2023 jest moim rokiem powrotu do konwentów mangowych. W sumie ma to sens! Uczestnicy moich warsztatów na Coperniconie 2022 bardzo mnie prosili żebym rozszerzyła swoją ofertę warsztatową na konwenty nie-tylko-fantastyczne. No i cóż mogę rzec? Na Xmascon pojechałam głównie po to żeby poprowadzić warsztaty. Trochę też po to żeby dowiedzieć się jaka jest atmosfera w mieście, gdzie odbywają się dwa konwenty na raz. Ale może po kolei…

Bo zanim mogłam w ogóle zacząć się rozglądać za obwarzankami musiałam się dostać do Krakowa. A to był chyba najgorszy weekend roku na takie przedsięwzięcie! Wiadomo, że polskie pociągi mają różne opóźnienia, ale tamtoweekendowy rekordzista dobił do 30 godzin! Biorąc pod uwagę, że konwent był dwudniowy, to przy takim opóźnieniu przepadłby mi praktycznie w całości. Jedyną zaletą całej tej sytuacji było to, że nie byłam sama, bo na dworcu wypatrzyłam dwie osoby konwentujące. Niestety nie wypatrzyłam ich potem na samym konwencie… Pozostaje mi mieć nadzieję że po prostu się mijaliśmy i ostatecznie udało im się dotrzeć. Jeśli te dwie osoby to czytają to bardzo serdecznie pozdrawiam! 

Rysunek przedstawiający jak z dwoma innymi konwentowiczami czekam na nasz pociąg do Krakowa. Opóźnienie wynosi już 200 minut, a na naszych twarzach maluje się desperacja i rozpacz. Na dodatek jest zimno, ale tylko sobie narysowałam szalik. Nie pamiętam czy tylko ja go miałam, ale w sumie zamarzaliśmy i tak wszyscy!
Można powiedzieć, że konwent zaczął się już na dworcu! Gdyby tylko było by cieplej to nie byłoby tak źle :)

Muszę przyznać, że po 2 godzinach czekania na zimnym dworcu, miałam już ochotę napisać maila do organizatorów z informacją, że jednak nie dotrę i po prostu wrócić do łóżka. Zwłaszcza, że pociąg miałam mieć o 5 rano, a tak jakoś wyszło, że nie zdążyłam się położyć spać. Wierzyłam, że nie będzie to aż taki problem, bo pierwszy raz w życiu kupiłam sobie miejsce w pociągu z miejscem do spania. Jednak ta legendarna kobieca intuicja podpowiedziała mi, że to nie jest dobry pomysł żeby dalej czekać i pokierowała do kasy żeby dopytać się czy nie da się nic zrobić. Miły pan w okienku najpierw mnie zganił, że tak późno przychodzę, a potem dosłownie kazał mi biec na pociąg, który właśnie podjeżdżał na peron.

Bieg okazał się jednak zbyteczny, bo pociąg i tak stanął na jakieś pół godziny żeby podczepić dodatkowe wagony. Spytacie dlaczego tak? Ano dlatego, że mój pierwotny pociąg został ostatecznie ODWOŁANY! Na początku aż nie mogłam w to uwierzyć, bo nigdy mi się to nie wydarzyło… Więc prawdopodobnie gdybym się sama nie zebrała w ostatnim momencie do kasy o miejscu siedzącym mogłabym pomarzyć. Oczywiście cała sytuacja oznaczała też, że nie miałam ostatecznie miejsca leżącego, ale byłam już w takim stanie, że oparłam głowę o okno i obudziłam się dopiero w Krakowie. 

Szczęśliwie, w trakcie mojej drzemki, do pociągu dosiadł się jeden z wolontariuszy, którego znałam z innych konwentów. To bardzo ułatwiło mi dotarcie na konwent, bo w przeciwieństwie do Imladrisu, Xmascon odbywał się z dala od centrum. Krakowskie tramwaje poradziły sobie lepiej od ogólnopolskich pociągów, więc po niecałym pół godziny byliśmy już pod szkołą konwentową. Co prawda jako twórca programu, odbiłam się od głównej akredytacji i musiałam się przedrzeć jeszcze przez trochę śniegu żeby trafić do wejścia, z którego powinnam była skorzystać… tylko po ty żeby dowiedzieć się na miejscu, że miałam mieć na mailu jakiś kod QR, którego wcale nie miałam! Nie było to najlepsze rozpoczęcie konwentu, zwłaszcza biorąc pod uwagę ile nerwów kosztowało mnie dostanie się na niego…

Ilustracja pokazująca jak ten grzybek z uniwersum Mario mówi mi, że moja akredytacja jest w innym zamku. Grzybek nie jest tam przypadkowo - na szyi ma identyfikator z napisem "Helper" co sugeruje, że jest jednym z wolontariuszy pomagających przy samej imprezie. Jeśli o mnie chodzi to mam na sobie strój Mario, a mój wyraz twarzy jest mieszanką frustracji i niewiary, że muszę się jeszcze raz przebić przez śnieg!
Helperzy starali się być najbardziej pomocni jak tylko byli w stanie, więc starałam się zachować spokój…

Jednak najważniejsze było dla mnie, że udało mi się dostać na konwent przed moją atrakcją! Tym razem zgłosiłam warsztaty z ozdabiania pierników. Nie był to pierwszy raz, bo już kiedyś prowadziłam takie warsztaty na Coperniconie (bo wiecie… Toruń!), ale zdecydowanie pierwszy raz poprowadziłam je w takiej formie. Postanowiłam przeprowadzić uczestników przez najbardziej podstawowe pociągnięcia lukrem, pokazać jak połączyć je w jeden wzór, a na koniec zaproponować im szaloną technikę przenoszenia właściwie dowolnego wzoru na ciasteczko.

Co prawda na szaloną technikę nie każdy się odważył, ale nie był to jakiś duży problem. Jak to zwykle bywa, uczestnicy zaskoczyli mnie swoją kreatywnością i w wielu przypadkach stworzyli małe arcydzieła (czasami przyznając się, że to nie jest ich pierwsze lukrowanie ^^). Najbardziej zaskoczył mnie jednak uczestnik, który postanowił zacząć szkicować ołówkiem po pierniczku! Cóż… zaznaczyłam, że z powodu mojego braku książeczki sanepidowskiej, udostępnione na warsztatach pierniki i lukier nie są jadalne, więc w sumie… czemu nie?

Warsztaty uznaję za bardzo udane! Nawet czas trwania udało mi się dopasować tak żeby wszyscy skończyli z małym marginesem na odłożenie ławek na miejsce. Szkoda tylko, że tyle osób musiało się odbić od drzwi, ale no niestety miałam ograniczone możliwości ogarniania grupy. Plus wcale nie miałam tak dużo pierniczków, mimo że piekłam je całą przedkonwentową noc.

Ilustracja, na której sprawdzam jak uczestnikom idzie zdobienie pierniczków. Moja uwaga jest ewidentnie skierowana na konwentowicza, który wymalował uroczego, malutkiego renifera. Obok siedzi drugi konwentowicz, który zastanawia się nad swoim własnym pierniczkiem. Na razie narysował na nim trochę nierówne koło. Będę wierzyć, że tak właśnie chciał zrobić, a nie że jest to jakiś błąd!
Każdy lukruje w swoim tempie i zgodnie ze swoimi umiejętnościami! W sumie większy podziw mam najczęściej do tych, którym nie idzie, ale mimo to się nie poddają :D

No i muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że skorzystam cokolwiek więcej z tego konwentu. Jednak bardzo się myliłam! Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem była salka NanoKarrin – polskiej amatorskiej grupy dubbingowej. Ich pierwszą atrakcją, z której miałam okazję skorzystać były warsztaty śpiewu. Co prawda sprowadzały się głównie do śpiewania, bez dużego nacisku na jakąkolwiek technikę, ale i tak miło było dla odmiany pośpiewać z innymi ludźmi. Pierwszy raz w życiu miałam też okazję pośpiewać z włączonym metronomem i chyba muszę to wprowadzić do moich własnych ćwiczeń. Nietypowa była też dla mnie próba śpiewania o oktawę wyżej niż część grupy. Ciężko było mi się w tym odnaleźć, ale tym bardziej miło było spróbować :)

Drugą atrakcją, którą odwiedziłam była prelekcja o tworzeniu ilustracji. Chyba żadnego czytelnika nie zaskoczy że się tym interesuję! Generalnie sprowadzała się ona do pokazania całego procesu powstawania świątecznej ilustracji reklamującej grupę NanoKarrin. Jako, że był to rysunek w zupełnie innym stylu i podejściu niż moje baźgrołeczki to było to dla mnie bardzo ciekawe. Zwłaszcza, że prelegentka opowiadała o ilustracji, która miała dopracowane tło. No fajne zabawy, ale chyba na razie pozostanę przy moich szarych prostokątach :P

Udało mi się też załapać na ich wystąpienie na temat designu. Nigdy wcześniej nie myślałam o robieniu moodboardów do moich ilustracji! A znam tą technikę ze świata projektowania interfejsów komputerowych. Fajna sprawa, muszę zacząć tego używać :D

Ostatnią atrakcją NanoKarrin były warsztaty dubbingowe, które były wielokrotnie przeprowadzane podczas Xmasconu. Dzięki temu każdy zainteresowany mógł wziąć w nich udział. Zresztą jest to grupa dubbingowa, więc pozostałe atrakcje były tak naprawdę tylko miłym dodatkiem. Podobnie jak w przypadku warsztatów śpiewu, prowadzący postawili raczej na praktykę niż technikę, ale i tak udało mi się z nich wyciągnąć kilka cennych wskazówek. Najważniejszą było chyba to, że żeby być dobrym aktorem trzeba być pogodzonym ze sobą. No cóż… Dużo pracy przede mną jeśli chcę żeby moje obrazki kiedyś przemówiły moim własnym głosem :D

Ilustracja pokazująca jak mówię coś do mikrofonu. I to tego profesjonalnego mikrofonu z tym dynksem wyłapującym wybuchające dźwięki. A przynajmniej tak mi ktoś kiedyś wytłumaczył zastosowanie tego elementu. Jako, że oddaję się grze aktorskiej to mam jakąś dziwną minę. Zwłaszcza, że aktorka ze mnie marna. Ale przynajmniej mam stylowe słuchawki na głowie!
Dlaczego mówienie w naturalny sposób jest takie trudne? Przecież normalnie mówimy w naturalny sposób bez żadnego wysiłku :|

Miałam jeszcze ochotę pójść na prelekcję związaną z tłumaczeniem, bo uważam ten temat za absolutnie fascynujący. Chciałam jednak dać szansę innym, zwłaszcza, że wypatrzyłam w planie prelekcji znajomą ksywkę. Ksywkę, którą pamiętałam jeszcze z moich bardzo dawnych, mangowych czasów. Chodzi oczywiście o Duo, który prowadził mnóstwo różnych prelekcji. Moją uwagę zwróciły jednak te o robieniu dobrych atrakcji oraz o tym jak zmieniły się konwenty przez lata. To mnie fascynuje nawet bardziej niż tłumaczenie tekstów :D 

Nie powiem żeby prelekcja o robieniu atrakcji była dla mnie jakoś mega odkrywcza, bo co by nie mówić w tym roku strzela mi sześć lat ich prowadzenia! Niemniej jednak, dokładnie tak jak pamiętałam ze starych czasów, była to bardzo śmieszkowa atrakcja. Dzięki czemu po prostu miło spędziłam czas. Za to prelekcja o zmianach w konwentowym świecie była dla mnie mega ciekawa (i nawet bardziej śmieszkowa). Myślę, że złożyło się idealnie, bo ta prelekcja pozwoliła mi to nadrobić kilka lat, przez które nie trafiłam na ani jeden konwent mangowy. Śmiesznie było też usłyszeć dokładnie te same anegdotki, które pamiętam sprzed lat, z jego prelekcji dedykowanej początkującym konwentowiczom. Nie będę też ukrywać, że moje wystąpienie z Coperniconu 2022 było mocno zainspirowane dokładnie tą atrakcją :D

Same te prelekcje i warsztaty już stworzyłyby dla mnie naprawdę udany konwent, a to jeszcze nie wszystko! Poza zwykłymi atrakcjami z konkretnym czasem trwania, przez całą sobotę można było wykonać swoją własną ozdobę świąteczną. Plan był taki żeby zebrane ozdoby znalazły się później na wspólnej choince. Niestety moje niedzielne poszukiwania tej choineczki, mimo wsparcia dwóch różnych helperów, nie dały żadnych rezultatów. Na szczęście mi bardziej zależało na tym, by po prostu móc się pobawić farbą i brokatem. To czy potem to było gdzieś eksponowane nie było dla mnie szczególnie ważne. Dodatkowo przy wspólnym stole można było porozmawiać z innymi konwentowiczami. Podobnie jak na Bykonie – nie ma to jak integracja podczas dłubania jakichś kreatywnych rzeczy!

Ilustracja pokazująca okrągłą bombkę świąteczną. Jestem na niej narysowana w czapce Świętego Mikołaja, a dookoła dorysowany jest śnieg. Niestety na rysunku brakuje nitki, więc nie ma za bardzo jak powiesić tej wątpliwej ozdoby na choince... Ale na pewno jakiś cosplayer na konwencie miałby pożyczyć kawałek nitki!
Zaczynam tworzyć pewną konwencję rysowania mojej postaci na konwentach :D

Unikalną atrakcją było również wspólne jedzenie barszczu z uszkami. W końcu konwent był świąteczny! Na początku zniechęciła mnie naprawdę ogromna kolejka. Pokręciłam się więc trochę po budynku konwentowym do czasu, aż nie zmalała. Oczywiście była to kolejka konwentowa, więc można było w niej porozmawiać z innymi konwentowiczami. W szczególności, że na akredytacji byłam tak późno, że nie miałam okazji stanąć w tamtejszej kolejce. O ile w ogóle była taka kolejka, bo szczerze mówiąc nic nie wiem na ten temat. W każdym razie, po niecałym kwadransie dostałam miskę gorącego barszczu (dla mnie bez uszek, bo tak poprosiłam ^^). Nie jest to w sumie pierwszy konwent, na którym spotkałam się z rozdawaniem zupki, ale nigdy wcześniej nie był to barszcz! Który swoją drogą był bardzo smaczny i miło rozgrzewał w zimny, sobotni wieczór.

A rozgrzanie było bardzo potrzebne, bo niestety na moim sleepie chyba zupełnie nie działało ogrzewanie. Ostatecznie spałam w bluzie, śpiworze, szaliku i jeszcze przykryta kurtką. Być może faktycznie tak się śpi lepiej, ale dużo ciężej się wstaje… Fascynujące było też to, że drzwi do sleep roomu otwierały się prosto na słupek do piłki siatkowej. Naprawdę jestem pod wrażeniem, że żaden zaspany uczestnik w niego nie wszedł, a przynajmniej nic o tym nie słyszałam.

Opcją rozgrzewającą jest też oczywiście herbatka, a można było ją dostać w wielu różnych postaciach. Po pierwsze i najbardziej mangowe, na konwencie było stoisko z Bubble Tea, co jest dość klasyczną propozycją. Bardziej nietypową było stoisko Yamamoto oferujące prawdziwe japońskie herbaty. Długo nie mogłam się zdecydować, ale ostatecznie wybrałam “Christmas houjicha latte”. Poza herbatą houjicha oraz mlekiem zawierała ona puree bananowe i przyprawy korzenne! Jakkolwiek by to nie brzmiało było to naprawdę smaczne :). Dostępna była też analogiczna wersja, ale z matchą zamiast houjichy, ale co za dużo dobrego to wcale nie dobrze. Jednak jeśli i ja, i Yamamoto pojawimy się na następnym Xmasconie to bardzo chętnie spróbuję tej drugiej propozycji.

Japońskiej herbaty można było też spróbować na stoisku Porównawczych Studiów Cywilizacji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ich oferta dydaktyczna była równie dobra co zielona herbatka, ale chyba już się wystarczająco w życiu nastudiowałam… Za to znaków kanji jeszcze mi nie za wiele! Dlatego bardzo podobała mi się możliwość popisania ich pędzelkiem pod czujnym okiem jednego z cywilizacyjnych porównywaczy :) 

I myślałby kto, że więcej herbatki dla nie-wolontariusza się już na tym konwencie nie znajdzie. Ale nie! W niedzielę wreszcie zawędrowałam do chill roomu żeby w spokoju zjeść mojego obwarzanka z serem, licząc na ciepłe i spokojne miejsce. I nie dość, że było to ciepłe i spokojne miejsce, to była tam jeszcze możliwość napicia się herbaty! W przeciwieństwie do Imladrisu, Xmascon postawił na zimowe smakowe herbaty, w tym wiele opcji od Teekanne. Jest to o tyle ważne, że… uwielbiam ich herbaty <3. Daje nam to więc wynik 4 różnych herbat, co robi z Xmasconu konkurenta do tytułu najbardziej herbacianego konwentu ever! :O

Rysunek pokazujący jak niosę trzy różne herbaty! W prawej ręce trzymam bubble tea, w lewej tradycyjny jednorazowy kubek, a na głowie trzymam filiżankę. Mimo, że idąc w taki sposób generuję ogromne zagrożenie dla siebie i osób mnie otaczających, wydaję się być szczęśliwa. No i chyba nic dziwnego skoro mam trzy różne herbaty do wypicia!
Perfectly balanced… as all things should be.

No więc jaka była atmosfera w mieście, w którym odbywają się dwa konwenty na raz? Bardzo pozytywna, świąteczna i (poza moim sleepem) ciepła! Może z dwa razy usłyszałam coś na temat “tego drugiego konwentu” i w sumie tyle. Z jednej strony liczyłam, że będę mieć coś naprawdę ciekawego do opisania, ale z drugiej strony… święta są! Zawsze to jednak miło jak fandom umie żyć w zgodzie :)

Mignęła mi już co najmniej jedna relacja z tego konwentu i nie była zbyt pochlebna. Czy były niedociągnięcia? No były, nie ma co ukrywać. Chyba największym dla mnie problemem był brak papierowej mapki konwentowej, bo budynek w którym odbywała się impreza był naprawdę dziwny. Identyfikator ostatecznie dostałam tylko dlatego, że jak już zaczęłam marudzić 10tej osobie, że go nie mam, to dowiedziałam się, że mogę go odebrać w punkcie info. I to tylko dlatego, że jestem twórcą atrakcji. Ale czy przeszkodziło mi to w dobrej zabawie? Absolutnie nie! To był zaskakująco dobry konwent i dzięki niemu są duże szanse, że pojawię się na Ryuconie <3

I tak właśnie minął mi Xmascon. Pozostało się przebić przez zaśnieżony Kraków na dworzec i wrócić do domu. Pisałam na początku, że dojazd na konwent był wyjątkowym wyzwaniem… Powrót niestety wcale nie był dużo lżejszy. Co prawda tym razem mój pociąg nie został odwołany, ale i tak na peronie stawił się z ponad dwugodzinnym opóźnieniem. Jednak i tym razem dość szybko znalazłam na dworcu innych konwentowiczów, z którymi wspólnie podtrzymywaliśmy się na duchu. PKP w ramach przeprosin zafundowało nam po jednej herbacie i batoniku Grzesiek. Więc no… prawie jak chill room na konwencie :P

Rysunek przedstawiający jak z dwoma innymi konwentowiczami czekamu na nasz pociąg do Wrocławia. Opóźnienie wynosi już 200 minut, a na naszych twarzach maluje się desperacja i rozpacz. Na dodatek jest zimno, ale tylko sobie narysowałam szalik. Tym razem jednak każdy z nas trzyma kubek herbaty. Dzięki temu zamarzamy trochę mniej.
Można powiedzieć, że PKP przedłużyło nam konwent! Gdyby tylko nie to, że w poniedziałek musiałam rano wstać, to nie byłoby tak źle.

Na szczęście ostatecznie bezpiecznie dotarłam do domu, a moje pociągowe przygody nie zdążyły zatrzeć miłych wspomnień z konwentu. Zresztą sam śnieg, który otaczał szkołę konwentową nadawał okolicy niepowtarzalnego charakteru. Budynek był otoczonym drzewami, więc widok zza okna był praktycznie bajkowy! Myślę, że wielu cosplayerów skorzystało na tej sytuacji i wróciło z konwentu z naprawdę niepowtarzalnymi zdjęciami (możecie się pochwalić w komentarzach ;) ).

Podobnie jak ta relacja zrobiła się bardzo długa, sam konwent też wydawał się trwać trochę dłużej niż dwa dni. Ale wszystko co dobre, w końcu się kończy, więc i ja kończę już pisać. Mimo że, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, jest jeszcze kilka rzeczy, które mogłabym dodać! Ale to może dopytajcie mnie na żywo, na przyszłych konwentach ;) 

A jeśli chcecie wesprzeć moją kolejną konwentową przygodę, utrzymywanie tego bloga lub po prostu zrobić dziś coś miłego to możecie mi postawić wirtualną kawę! Wystarczy kliknąć w link https://buycoffee.to/MajaRysuje i wybrać jedną z opcji ;)

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *